30.08.2016

W małym ciele, wielki duch. Zuzanna Andruczyk o wyprawie na Mont Blanc [zdjęcia]

Niespełna dwa tygodnie temu,19 sierpnia, dziewiętnastoletnia suwalczanka Zuzanna Andruczyk postawiła swoją stopę na szczycie Mont Blanc. Delikatna, mierząca 155 cm wzrostu tegoroczna maturzystka, zaatakowała z powodzeniem najwyższy szczyt Europy. I choć wspina się dopiero od około roku, bez większych przeszkód pokonała trasę od podnóża na sam szczyt.

- Wciąż rozpiera mnie duma i radość, że udało mi się wejść na tę górę. Regeneruję się, dochodzę do siebie i wracam już powoli do treningów – mówi.

W Alpy Andruczyk pojechała w niedzielę, 14 sierpnia. Towarzyszyło jej czworo „górołazów” alpinista i jednocześnie lider wyprawy - Łukasz Mosak, dwóch innych Warszawiaków i mieszkaniec Czechowic-Dziedzic. W poniedziałek byli już na campingu u podnóża góry. Dzień rozpoczęli wspinaczkę. Najpierw dotarli do położonego 3167 metrów nad poziomem morza Tete Rousse. Tam mogli spać w schronisku, ale wybrali namioty.

- Chcieliśmy zdobyć górę od początku do końca, bez żadnych udogodnień – podkreśla Z. Andruczyk.

W Tete Rousse spędzili noc i cały kolejny dzień. Przeszli aklimatyzację. 

- O dziwo, zniosłam ją całkiem dobrze. Na wysokości 3100  miałam tylko skurczony żołądek, chociaż pozostałym chciało się jeść. Piłam na siłę, żeby się nie odwodnić. Pojawiły się też lekkie trudności z oddychaniem. Natomiast przed atakiem szczytowym w Vallocie na 4300 chłopacy uskarżali się na ból głowy. Mówili, że czują się tak, jakby głowy ściskało im wielkie imadło. Mnie to na szczęście ominęło – opowiada.

Grupę pani Zuzanny ominęły też kamienie, które często spadają na trzydziestometrowym odcinku zwanym Wielkim Kuluarem.

- W tym samym czasie wspinała się za nami czternastoosobowa inna grupa z Polski i wiem, że jedna z osób „oberwała” dość sporym kamieniem. Trzeba tam było rzeczywiście „dać kroka” mówi.

Na wysokości 3100 metrów w namiocie było tak zimno, że Andruczyk spała w kominiarce. W dodatku kamienie wrzynały się w plecy.

- Spaliśmy średnio po 3-4 godziny – mówi.

Okazało się też, że wspinaczka z trzydziestokilogramowym plecakiem jest trudniejsza, niż się na początku wydawało, zwłaszcza, jeśli waży się tak jak pani Zuzanna niespełna 50 kg.

- Byłam bardzo dobrze przygotowana. Trenował mnie Adam Pomian. Jednak z godziny na godzinę zmęczenie coraz bardziej dawało mi się we znaki. Pod koniec drogi popsuła się pogoda i zaczął nawet padać grad. Gdy weszłam na 3100, poczułam jednak, że mi się uda, że jestem już naprawdę bardzo blisko – wspomina.

Na odcinku 3900 – 4300 widoczność spadła niemal do zera. Na końcu tego odcinka musieli przenocować.

- Dookoła walało się bardzo dużo śmieci, folii. Herbatę i jedzenie robiliśmy na wodzie z roztopionego w menażkach śniegu. Spałam w pobliżu wspomnianej już czternastoosobowej ekipy Polaków. Właśnie wtedy dopadła mnie gorączka z wycieńczenia. Następnego dnia rano, w piątek, zaatakowaliśmy szczyt – mówi.

Bardzo marzły jej też dłonie.

- Musiałam je trzymać pod pachą kolegi. Mogłam wybrać lepsze rękawiczki. Będę to miała na uwadze przy kolejnych wyprawach. Podczas schodzenia palce u stóp zmarzły mi tak bardzo, że czułam, jakby mi odpadały paznokcie. Od wysiłku spuchła mi też stopa. But zrobił się za ciasny. Każdy krok był dla mnie wielką męczarnią – mówi.

Sama wspinaczka poszła grupie bardzo dobrze. Trasa, którą planowali pokonać w cztery godziny, zajęła im połowę tego czasu. Cali i zdrowi dotarli na Dach Europy.

- Z tym szczytem to jest tak, że wydaje ci się, że jesteś już na górze, a okazuje się, że to tylko jeden z wierzchołków, że trzeba wejść jeszcze około sto metrów wyżej. Byłam wtedy wściekła na tę górę – tłumaczy.

Po wejściu na szczyt emocje są nie do opisania.

- Nie krzyczałam, nie płakałam. To wszystko działo się wewnątrz mnie. Czułam po prostu wielką euforię i spełnienie, że te wszystkie przygotowania się opłaciły – mówi.

Od rodziców dowiedziała się, że w czasie jej wspinaczki z drugiej strony góry spadła lawina, pod którą zginęły trzy osoby, w tym Polka.

- Było mi bardzo przykro. Próbowali dostać się na szczyt z zupełnie innej strony – od zbocza Mount Maudit, „Przeklętej Góry”. Zginęło tam już wiele osób. To bardzo ośnieżony szlak – tłumaczy.

Wszystko wskazuje na to, że pani Zuzanna jest wręcz stworzona do chodzenia po górach.

- Lider wyprawy powiedział, że mam predyspozycje, że bardzo dobrze znoszę aklimatyzację - chociaż choroba wysokościowa może dać o sobie znać zupełnie niespodziewanie, Myślę, że siłę i odporność mam po rodzicach. Czujemy się też nawet na bardzo wzburzonym morzu. Podczas jednej z wypraw żeglarskich dopadł nas silny, dziesięciostopniowy w skali Beauforta, sztorm. Wszyscy dookoła wymiotowali, a moja mama rozwiązywała krzyżówkę – opowiada suwalczanka.

I choć emocje po zdobyciu Mont Blanc jeszcze nie opadły, zaczyna myśleć o kolejnych wyprawach. Na drugi ogień „pójdzie” albo Elbrus, albo Kilimandżaro. Cel Zuzanny Andruczyk to zdobycie Korony Ziemi.

(just)

 

Zuzanna Andruczyk podkreśla, że wyprawa na Mont Blanc nie byłaby możliwa bez wsparcia wielu życzliwych osób. Specjalne podziękowania kieruje do:

- Dariusza Mazura – „gdyby nie jego dobroduszność a także chęć wsparcia młodych talentów w drodze po ich  marzenia oraz ufundowane na mój cel stypendium, Mont Blanc nadal byłby tylko w planach”,

- trenera personalnego Adama Pomiana – „gdyby nie jego ogromna praca i zaangażowanie w treningi ze mną, w życiu nie poradziłabym sobie na Dachu Europy”,

- Wojciecha Fortuny – „mistrz olimpijski w skokach narciarskich z Sapporo był patronem mojej wyprawy. Ogromny zaszczyt i niemała dawka motywacji w drodze na szczyt”,

 - Organizacja UNICEF (współpraca) – „noszenie koszulki tej niesamowitej organizacji wspierającej biedne dzieci w Nepalu dało mi wielką motywację i zmobilizowało mnie do walki z własnymi słabościami tam w górach, a przede wszystkim mogłam dzięki temu wspomóc potrzebujących”,

 - rodziców i siostry – „tutaj chyba nie trzeba pisać za wiele - olbrzymie wsparcie każdego dnia, podczas przygotowań jak i w ciągu wyprawy”,

- chłopaka Adriana – „pierwsza osoba, która napędziła mnie do działań i uwierzyła w projekt Korony Ziemi;  gdyby nie On - nawet by mi do głowy nie przyszło, że się uda. Ogromne wsparcie i motywacja”,

- „całej ekipy, która była ze mną na Mont Blanc – począwszy od urodzonego alpinisty, lidera wyprawy - Łukasza Mosaka, który nie trzymał nas za rączki, ani nie głaskał po główkach, lecz żwawo napędzał do działania i wspierał w gorszych chwilach, do każdego z członków drużyny osobno:

- Adriana „który gotował świetne spaghetti w Tete Rousse (a wcześniej wniósł wszystkie składniki!)”, 

- Piotrka i Bartka  - „cała czwórka chłopaków tworzyła idealną ekipę do wyjścia w góry, wyprawę otaczała cudowna atmosfera i mogłam liczyć na pomoc w każdej chwili”,

- przyjaciół oraz czytelników „Z na Szlaku” – „również wielka doza wsparcia i motywacji, szczególnie w trudnych chwilach”. 

- Mont Blanc to sukces nie tylko mój, ale i osób wymienionych wyżej – podkreśla suwalczanka.

 

O swojej wyprawie na Mont Blanc Zuzanna Andruczyk opowie w klubie Podróżnika

 

 

  

 

 

udostępnij na fabebook
30.08.2016, 18:17:08

górki

Gratuluję. W suwalkach na Blancu byl min. Marek Krejpcio z Kyokushin czy Jarek Ruszewski z Pryzmatu ktory ma za sobą Elbrusa. Kilimandżaro i inne szczyty. Polecam sie z nimi skontaktować by poszukać informacji.

Skomentuj:
nick*
komentarz*
 
 
Sponsor pogody
Pogoda
Newsletter

Jeżeli chcesz otrzymywać od nas informacje o nowych wiadomościach w serwisie podaj nam swój e-mail.

Kursy walut
09.19.2017 Kupno Sprzedaż
EUR 0.30% 4.2453 4.3311
USD 0.45% 3.5497 3.6215
GBP 0.24% 4.8141 4.9113
CHF 0.27% 3.6998 3.7746
19.09.2017

praca w barze

Dodaj nowe ogoszenie