Po raz kolejny feministki uderzyły na alarm, tym razem w związku z najnowszą reklamą Krakowa. Na plakacie, obok lajkonika, widnieje napis: „Kraków wart jest zaliczenia”. Panie stwierdziły, że reklama obraża wszystkie kobiety, a jej autorzy to idioci. Feministki co pewien czas podnoszą larum, najczęściej w związku z „nietrafionymi” ich zdaniem reklamami, traktującymi kobiety przedmiotowo. Abstrahując od słuszności zarzutów, warto przyjrzeć się reklamom z innej strony, czyli sposobu, w jaki kreują wizerunek mężczyzn. Oglądając je bowiem można odnieść wrażenie, iż statystyczny mężczyzna to upośledzony umysłowo osobnik w średnim wieku, który nie potrafi myśleć o niczym innym niż piciu piwa i oglądaniu meczów.
Prof. Magdalena Środa, znana lewicowa komentatorka podsumowała najnowszą reklamę Krakowa: „To hasło jest żałosne. Nie ma chyba drugiego takiego kraju, gdzie są tak tępi reklamodawcy, którzy wykorzystują seksizm i bazują na prymitywnych instynktach”. Pani Środa nie widziała chyba reklam amerykańskich lub brytyjskich, ostrzejszych niż rodzime, gdzie motywy „seksistowskie” oraz półnagie ciała pojawiają się znacznie częściej niż w polskich. Mam wrażenie, że feministkom wszystko kojarzy się zawsze jednoznacznie. Kto rozsądny bierze do siebie, przeważnie durne hasła reklamowe (vide: „nie dla idiotów”)?
W zeszłym roku firma produkująca gładź szpachlową wypuściła serię bilboardów w całej Polsce, przedstawiających profil odwróconej plecami nagiej kobietę, nad którą widniał napis: „gładź, gładź, gładź”. Feministki wytoczyły działa armatnie i zaczęły dopisywać do plakatów: „się sam”, „won od mojego ciała” lub doklejać penisy w męskich dłoniach. Na zarzuty o niszczenie mienia odpowiedziały: „To nie jest niszczenie mienia, tylko gra społeczna (…) To praktyka demokratycznego świata”. A od kiedy to wandalizm jest „grą społeczną”?
Istnieje co najmniej kilkanaście reklam, co do których mężczyźni mogliby mieć zastrzeżenia, iż traktują ich przedmiotowo. Najświeższy przykład, to reklama Heinekena, na której widać kilku mężczyzn skaczących, krzyczących i ściskających się z radości na widok pokoju z piwem. Mam wrażenie, że większość reklam tego trunku infantylizuje mężczyzn, vide: seria reklam Królewskiego, w których panowie z tzw. Syndromem prezesa (vel: mięsień piwny), wymykają się z domu, w kapciach i wyciągniętych kalesonach, pod pozorem wytrzepania dywanu, aby wypić piwo przy trzepaku. Oglądając takie reklamy, ma się wrażenie, iż w życiu mężczyzny wszystko kręci się wokół piwa (podobnie jak w reklamach środków czystości, w których świat kobiety to jedynie kuchnia i toaleta). Jest to przecież znaczne uproszczenie, ale który z mężczyzn bierze do siebie tego typu reklamy?
Inny przykład to wypolerowani, umięśnieni i przystojni aktorzy paradujący w samych slipkach (lub czasem bez), reklamujący np. kosmetyki dla mężczyzn. Feministka, oglądając w podobnej roli kobietę, nie zostawiłaby na reklamie suchej nitki. A czy słychać głosy oburzenia ze strony mężczyzn? Znam jeden przypadek, gdy Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji zajęła się sprawdzeniem czy reklama paneli podłogowych, na której mężczyzna paradował z gołymi pośladkami, nie była przypadkiem… sprzeczna z prawem. Mężczyzna potraktowany został bowiem jako obiekt seksualny, co ponoć jest niezgodne z konstytucyjnym zakazem dyskryminacji. Konia z rzędem temu, kto pojmie logikę tego typu uzasadnienia.
Który konsument buduje swój pogląd na otaczającą go rzeczywistość na podstawie reklam? Czy fakt, iż w reklamie wystąpi skąpo ubrana kobieta lub „matka Polka” szorująca gary lub muszlę klozetową, sprawi iż odbiorca zacznie postrzegać kobiety jako obiekty seksualne lub kuchty domowe? Nie przemawia do mnie argument, iż półnaga kobieta reklamująca np. gładź uwłacza wszystkim kobietom. W reklamie występuje aktorka, która bierze za to pieniądze.
Inna sprawą jest oczywiście wyczucie smaku; niestety większość naszych reklam jest żenująca i zionie głupotą. Jednakże środowiskiem, które chyba najczęściej ma pretensje do kształtu reklam są właśnie feministki. Ich nadmierna wrażliwość ociera się niekiedy o granice absurdu.  Kamila Kamińska Doktorantka w ISP PAN Tekst ukazał się w numerze 6(21)/2009 miesięcznika Debata |