|
Co jakiś czas historycy IPN ujawniają trudną historię komunistycznej Polski odciśniętą w życiorysach mniej lub bardziej znanych Polaków. Media z reguły nagłaśniają jedynie badania naukowców przedstawiające słabość człowieka wobec działań służb specjalnych PRL. My chcemy przedstawić Państwu sylwetkę osoby, która przez całe życie miała odwagę być człowiekiem przyzwoitym, a w konfrontacji z komunistyczną Służbą Bezpieczeństwa nie wybrała kariery "na skróty" ani nie dała się zastraszyć. Poniżej zamieszczamy wywiad z prof. Janem Kaczyńskim, który całe swoje życie związał z północno-wschodnią Polską. W piątek przedstawimy działania SB wobec Profesora.
Dariusz Jarosiński: Panie profesorze, mówią o panu: „prof. Kaczyński potrafi lepić młodzież jak plastelinę”. Był pan nauczycielem w wiejskiej szkole, później w szkole średniej, a w 1975 r. został pan adiunktem w Wyższej Szkole Pedagogicznej, obecnym Uniwersytecie Warmińsko – Mazurskim w Olsztynie. Która praca dawała panu największą satysfakcję?
Prof. Jan Kaczyński: Czułem się wszędzie dobrze – i w szkole podstawowej, i w średniej, i na uniwersytecie. Bardzo lubię dydaktykę. Poczytuję sobie za wielkie wyróżnienie, że przez trzy lata mogłem być kierownikiem wiejskiej szkoły w Zuzeli nad Bugiem, rodzinnej miejscowości Prymasa Tysiąclecia Stefana Wyszyńskiego. Zuzela była również moją rodzinną parafią. Mój ojciec był rówieśnikiem kardynała Wyszyńskiego, przyjaźnił się z nim, odwiedził go w Warszawie jeszcze na tydzień przed śmiercią. Nigdy nie interesowały mnie stanowiska, pełnienie funkcji; kierowałem krótko wspomnianą wiejską szkołą w Zuzeli i byłem kierownikiem Zakładu Literatury Polskiej w WSP. Kochałem pracę z młodzieżą. Bycie urzędnikiem jest mi raczej obce. Z zakłopotaniem patrzę, że do zawodu nauczycielskiego nie trafiają najzdolniejsi ludzie – tak było w PRL, i niestety, również w wolnej Polsce. Politycy jedynie w kampaniach wyborczych podkreślają jak ważną sprawą jest dla nich, dla Polski sprawa edukacji. A przecież „wychowanie to klucz do nowego świata”, przekonuje nas o tym dzisiejsza Japonia, która ten klucz uruchomiła – perfekcyjnie zorganizowała wszystkie szczeble szkolnictwa.
D. J. Jeszcze dzisiaj padają argumenty, że największą zdobyczą PRL było powszechne i bezpłatne szkolnictwo.
J. K. Powszechność i bezpłatność szkolnictwa nie płynęła – jakby się wydawało – z dobrego serca komunistycznej władzy lecz z potrzeby indoktrynacji. Trzeba było nauczyć ludzi czytać, aby następnie dać im „duchową strawę” w postaci „Trybuny Ludu”, „Prawdy”, „Żołnierza wolności”, jednego państwowego programu radiowego, a nawet telewizyjnego odbieranego w hali fabrycznej czy kołchozie prawie całą dobę – patrz „Zniewolony umysł” Czesława Miłosza. Fenomen realnego socjalizmu polegał właśnie na tym, że komunistyczne państwo posiadało nieograniczoną władzę nad ludźmi, nieograniczoną, bo uzależniającą człowieka od państwowego żłobka, przedszkola, szkoły, uczelni, pracy (i państwowej pensji), mieszkania, komunikacji. Najwięksi nauczyciele, np. Sokrates, Galileusz, Pestalozzi byli zdecydowanymi wrogami wychowania państwowego. Dzisiaj niezbędna jest świadomość, że bez wolnej szkoły nie ma wolności dusz ludzkich, że myślenie wedle rozkazu prowadzi do zniewolenia, do bylejakości myślenia i, co za tym idzie, bylejakości życia. Zniewolony człowiek przestaje być wolnym twórcą życia, nie potrafi życia doskonalić i działać solidarnie z innymi. Niezbędna jest dzisiejszym nauczycielom świadomość ich roli społecznej, niezbędne jest również poczucie niezależności, przede wszystkim intelektualnej i etycznej. Potrzebna jest nam dzisiaj samowiedza, że szkolnictwo to punkt wyjścia do naprawy Rzeczypospolitej, ale również samowiedza taka, że nie wpłynie twórczo na rozwój młodzieży nauczyciel, który sam jest nijaki, który ma niewolniczą duszę, giętki kark i jest nieczuły na głos sumienia. Do kolegów nauczycieli chciałbym odezwać się słowami Bogdana Nawraczyńskiego: „Bracie nauczycielu! Bądź człowiekiem gorącego serca, niezłomnego charakteru i niezależności umysłu! To twoje największe skarby. Od nich twoja godność zawisła! Broń tych skarbów i obdarzaj nimi swoich uczniów”.
D. J. Nie jest najlepiej z kondycją moralną środowiska nauczycielskiego. Na temat przyczyn tego stanu rzeczy można by mówić godzinami. Spustoszenie w głowach polskich inteligentów poczynił komunizm, minęło jednak prawie dwadzieścia lat od odzyskania niepodległości przez Polskę.
J. K. W czasie wojny i w okresie powojennym utraciliśmy z rąk sowietów, Niemców, polskich komunistów kwiat naszej inteligencji. Wyginęło ziemiaństwo będące w przeszłości najbardziej konsekwentnym nośnikiem tradycji polskiej, narodowej. Chłopstwo nie jest chłopstwem. PSL nie przypomina w żaden sposób stronnictwa ludowego z czasów Witosa. Sedno: następstwa, jakie wyniknęły z układu Ribbentrop – Mołotow spowodowały przetrącenie kręgosłupa narodowego Polaków; lata 1945-89 nie sprzyjały regeneracji tego kręgosłupa. Po roku 1989 wybiliśmy się na niepodległość, ale wspomniane historyczne zaszłości stanowią źródło trudności w sprawnym tej wolności zagospodarowaniu. Inteligencji jak by brakło odwagi. Klasa polityczna nie ma klasy, natomiast wciąż za dużo ma do powiedzenia homo sovieticus.
D. J. Czy w PRL rzeczywiście były „takie czasy”, jak to skwitował jeden z profesorów Uniwersytetu Warmińsko – Mazurskiego, że aby uzyskać na uczelni np. doktorat, czy paszport należało podjąć współpracę z bezpieką? J. K.: Nawet w skrajnych warunkach: w łagrach, więzieniach, w okresie najgorszego stalinizmu, ludzie potrafili zachować godność. Odmowa współpracy z bezpieką w latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych, a nawet osiemdziesiątych nie wymagała jakiegoś nadzwyczajnego bohaterstwa, heroizmu, a jedynie elementarnej przyzwoitości. Dzisiaj ludzie, którzy z różnych powodów poszli na współpracę z funkcjonariuszami władzy Polsce narzuconej, szukają różnych usprawiedliwień dla swego zachowania. Ludzie walczący z systemem owszem, byli narażeni na szykany, więzienia, a nawet, jak dowiodły lata osiemdziesiąte, na utratę życia, ale mieli odwagę powiedzieć – nie!
Osobiście nigdy nie kryłem swoich poglądów politycznych. Miałem takie same poglądy polityczne w czasie rozmów z kolegami, w domu i na uczelni. Nie kryłem się, że jestem wierzącym katolikiem – czyżbym miał się wypierać wiary przodków. Zawsze byłem wierny wartościom wyniesionym z domu rodzinnego, szlacheckiego zaścianka spod Ostrowi Mazowieckiej. Mogę powtórzyć za Żeromskim: „Jestem całą duszą szlachcicem”. Kaczyńscy byli herbu Pomian, drzewo genealogiczne wiąże mnie z Ziemią Łomżyńską. D. J. Słynie pan profesor z dużego poczucia humoru i z umiejętności opowiadania dowcipów. Po zapoznaniu się bliżej z pańskim dossier, wydaje się, że miał pan w Olsztynie, ale i wcześniej, w Ostrowi Mazowieckiej, status takiego legalnego opozycjonisty PRL, niemal wypisz wymaluj jak ś. p. Kisiel, czyli Stefan Kisielewski. Jest pan podobnie jak Kisiel znanym powszechnie oryginałem, indywidualistą. Lubi pan towarzystwo, ale już nie znosi stadnego myślenia, co wyklucza pana z grona typowej po wojnie polskiej inteligencji.
J. K. Mam spisanych około 300 dowcipów, w znacznej mierze politycznych, myślę o ich wydaniu. Zdarzyło mi się parę razy w życiu powiedzieć za dużo. I tak na przykład. W Komitecie Powiatowym PZPR w Ostrowi Mazowieckiej zorganizowano zebranie dla nauczycieli na temat patriotyzmu. Wyobraża pan sobie, panie Dariuszu, jakiego rodzaju referaty nam wygłaszali. W końcu nie wytrzymałem, przerwałem, poprosiłem o głos. I mówię do tych zza stołu prezydialnego z przekąsem: – Towarzysze, dla nas, zebranych tutaj nauczycieli polskich – ani żydowska mentalność Marksa, ani azjatycka czaszka Lenina, nie będą drogowskazem wychowania patriotycznego. Proszę pana, jaka zapadła cisza na tej sali, że sam siebie się wystraszyłem. Ludzie bali się patrzeć jeden na drugiego. Prowadzący osłupiał i ogłupiał, nie wiedział co ma zrobić. Nie pamiętam już kto pierwszy się odezwał. Oczywiście, zebranie – szkolenie patriotyczne, skończyło się. Po wielu latach spotkałem jednego z nauczycieli uczestniczących w tym zebraniu w Komitecie PZPR i on mi mówi: „Kiedy widzieliśmy pana na ulicy następnego dnia po zebraniu, a później jeszcze następnego i następnego, byliśmy pewni, że jest pan współpracownikiem SB, bo inaczej bezkarnie by to panu nie uszło”. A mnie uchroniło to, że do mojej klasy w Liceum Ekonomicznym na tzw. Wieczorówce chodzili tacy ówcześni notable z Ostrowi jak: przewodniczący Powiatowej Rady Narodowej, szef SB i jego zastępca, komendant milicji. Oni uważali mnie za człowieka „doludnego”, jakby to powiedział Wańkowicz, i jakoś zdewaluowali ostrość mojej wypowiedzi i uchronili mnie przed wymierzeniem kary przez ludowy aparat sprawiedliwości. Mój kolega, kierownik szkoły, za powiedzenie jakiegoś antypereelowskiego zdania z dnia na dzień został zwolniony z pracy.
Przyznam się do jeszcze jednej „nierozwagi”. To było wkrótce po przeprowadzce z Ostrowi do Olsztyna. Zamieszkałem z dziećmi w akademiku (żona wcześniej zmarła – D. J.). Za szafą odkryłem wielkie portrety Cyrankiewicza i Lenina, może gdzieś z 1,5 metra wysokości. Pewnie używane na pochody 1 majowe. Ładnie zapakowałem każdy portret, do każdego portretu dodałem specjalną instrukcję i za zaliczeniem pocztowym, pisząc na kwitach „pomoc naukowa”, wysłałem do dyrektorów szkół w Ostrowi.
Instrukcja wyglądała następująco: Pomoc naukowa o nazwie „Cyrankiewicz” I. Zastosowanie 1. Przy nauce pływania (niekoniecznie na wodzie) 2. Na lekcjach wychowania obywatelskiego, szczególnie przy temacie: Jak żyć w niezgodzie z sumieniem 3. Jako dekoracja wnętrz szczególnie ekskluzywnych (np. na ocapie w stodole) II. Przeciwwskazania 1. Nie strzyc, nie golić. Jeden z dyrektorów, komunista, nie miał poczucia humoru. Postawił na nogi milicję i SB. Co się działo, panie Dariuszu! Ale znowu wybronili mnie dobrze mi życzący. Naturalnie, nie tylko polityczna kpina była mi w głowie. Mimo swojej antykomunistycznej postawy, otrzymywałem wiele wyróżnień, nagród za osiągnięcia naukowe i dydaktyczne. Za rozwinięcie idei badań gwaroznawczych pośród młodzieży szkół średnich otrzymałem mianowanie na stanowisko „profesora szkoły średniej”. Ale najbardziej sobie cenię „Odznakę niezawodnych”, przyznawaną w latach siedemdziesiątych przez tzw. „Radę Starszych”, za uratowanie życia innej osobie. D. J. Wiele lat swoich badań historycznoliterackich poświęcił pan profesor Edwardowi Abramowskiemu. Co w twórczości tego myśliciela – filozofa, psychologa, tak zainteresowało pana?
J. K. Profesjonalnie nakierowany byłem na naukowy ogląd świadomości filozoficznej i estetycznej modernizmu. Abramowski głęboko rozpoznał rolę podświadomości w procesie tworzenia i percepcji sztuki. Niemniej interesujący był jego program nowej etyki. Takie prace jak „Etyka a rewolucja”, „Zmowa powszechna przeciw rządowi”, „Odnowienie życia”, „Związki przyjaźni” – pomagały zrozumieć powody narastającego sprzeciwu wobec władców PRL. Do „Solidarności” wszedłem ze świadomością w dużym stopniu umocowaną przez filozofię Abramowskiego. Filozofię docenioną przez Wojciecha Giełżyńskiego, który w 1986 r. wydał w Londynie książkę „Edward Abramowski zwiastun ‘Solidarności”„.
D. J. Pana wielką pasją, może nawet miłością, są książki. Jest Pan bardzo znanym i cenionym bibliofilem. Pański księgozbiór jest niezwykle starannie gromadzony. Zauważyłem na biurku pana profesora różne sentencje związane z książkami.
J. K. Tę miłość do książek wyniosłem z rodzinnego domu. Książki towarzyszyły mi przez całe moje życie, wzrastałem wraz z gromadzonym księgozbiorem, bez niego nie byłbym tym, kim jestem. Habent sua fata libelli, (i) książki mają swoje losy, czym jestem starszy, tym intensywniej myślę o losie swego księgozbioru.
D. J. O czym marzy emerytowany nauczyciel akademicki?
J. K. Marzenie wyraża – jak sądzę – wszystkie przejawy jestestwa człowieka, moim pierwszym, czy najważniejszym marzeniem jest: „Żeby Polska była Polską”.
 Jan Kaczyński,
urodzony w 1928 roku w Pętkowie Wielkim pow. Ostrów Mazowiecka; prof. dr hab. historii literatury, badacz świadomości filozoficznej i estetycznej w twórczości Młodej Polski. Od r. 1975 związany z Wyższą Szkołą Pedagogiczną, później Uniwersytetem Warmińsko - Mazurskim w Olsztynie. Autor ponad 30 publikacji. Żeglarz, bibliofil. Tekst ukazał się w numerze 1(4)/2008 miesięcznika Debata |