Było spokojnie. Dzięki Bogu! A mnie jest smutno, bo mam wrażenie, że coś jednak się stało ważnego, że coś się zmieniło. I nie jest to bynajmniej zmiana na lepsze. „Krzyż do kościoła”, „Kto za krzyżem, ten nie skacze” – krzyczano. A tłum zaczynał skakać. Wśród „happeningowców” byli wyznawcy „Wielkiego Potwora Spaghetti”. Wszystkich to bawiło. Zabawne miały być też rockowe hity puszczane, by zagłuszyć modlitwy. Były też mocno agresywne transparenty, choćby „Przeprosić i spie...” czy okrzyki „Krzyże do kościoła, bydło do obory”.
Ale chodziło głównie o to, by obrońców i krzyż ośmieszyć, wydrwić, by przeciwstawić ich drętwe modlitwy, zabawnemu stylowi młodzieży. A w pewnej odległości, oddzieleni dwoma kordonami policji – modlili się ludzie. Samotni, odrzuceni po wielu dniach ataków, agresji werbalnej i nie tylko. To z nich, ale i z krzyża, którego bronią drwili uczestnicy happeningów; to oni byli zagrożeniem fanatyzmem (a nawet terroryzmem), z którym państwo musi sobie poradzić, a krzyż był znakiem, który musi zniknąć, żeby państwo było świeckie. Ten sprzeciw nie miał już wiele wspólnego z PiS-em czy PO. Nie był sprzeciwem politycznym, ale religijnym. To, co zaczęło się jako kolejna odsłona politycznej walki między dwoma głównymi siłami (tym razem była to walka o pamięć), zakończyło się – dynamiką procesów społecznych – jako autentyczny, choć podany w wersji light (bo taka jest natura współczesnej kultury, że tu wszystko ma być light, a nic na poważnie), sprzeciw wobec najważniejszego symbolu naszej wiary. I sprzeciw ten przyciągnął tysiące ludzi. Oni oczywiście zawsze byli wśród nas. Ale nagle okazało się, że ściąga ich w jedno miejsce negacja krzyża, że media chętnie pokazują ich zachowanie, i że nie widzą nic złego w wyśmiewaniu pobożności, symboli i praw wiary… Tak może się zacząć polski zapateryzm. Oby nie! Ale uczestnicy tej akcji otrzymali ważny komunikat: można bezkarnie naśmiewać się z wiary i pobożności. A władze miasta i media pomogą wam w tym. Spora część z tych młodych ludzi pewnie przyszła tam dla hecy, dla jaj, dla zabawy. Tak, jak i w poprzednich dniach. Chcieli pośmiać się z fanatyków, zabawić się, zyskać w oczach przyjaciół, że tacy postępowi. Tyle, że takie zabawy, żarty nie są obojętne duchowo. One znaczą, są słowem, zaproszeniem, sugestią, odpowiedzią i znakiem. Ich decyzje i zachowania, nawet wówczas, gdy postmodernistycznie sądzą, że są tylko żartem, są na poważnie, bo dotyczą ich życia i śmierci. Życia i śmierci wiecznej, ku której prowadzi – by posłużyć się tytułem pracy Neila Postmana – „zabawienie się na śmierć”. Wszystko to dzieje się w sytuacji, gdy otrzymujemy komunikat po komunikacie od Boga. Kolejne ostrzeżenia, wezwania, apele. Najpierw katastrofa, potem pyl wulkaniczny, dalej jedna powódź, druga. My wciąż udajemy, że to nie do nas, że nie wiemy o co chodzi. Wciąż zatykamy uszy, udając, że Pan Bóg nie mówi o nas przed wydarzenia, a już na pewno nie przez tragedie. Naszą odpowiedzią staje się zaś happening przeciw krzyżowi, wyśmiewanie staruszek, atakowanie zmęczonych ludzi. Czy na nic więcej nas nie stać? Czy to jest nasza odpowiedź na Znaki? Mam nadzieję, że nie. Mam nadzieję, że potrafimy odpowiedzieć na to wyzwanie. Działaniem, ale także wielką krucjatą modlitewną. Na Krakowskim Przedmieściu, ale również w naszych parafiach, domach, wspólnotach. Powtarzając „Dla Jego bolesnej męki, miej miłosierdzie dla nas i świata całego”. Mam nadzieję, że jesteśmy w stanie odpowiedzieć na ten „happening” naszą wielką obroną krzyża i chrześcijaństwa. Świadectwem, życiem, modlitwą i obecnością. Na Krakowskim Przedmieściu, ale i w całej Polsce. Trochę już tego było. W tłumie stali ludzie i modlili się na różańcach, śpiewali. Oni byli duszą. Ale trzeba to zrobić jeszcze mocniej, jeszcze bardziej natarczywie. Bez tego przegramy. Gorzej, bo może przegrać Polska, jeśli nie odpowie na wielkie Boże wezwanie! Wezwanie, które z taką natarczywością Bóg nam powtarza. Przez kolejne znaki. |