www.suwalki24.pl - Suwalski Dziennik Internetowy, najnowsze wiadomości z Suwałk i okolic, własne źródła informacji, darmowe ogłoszenia, informacje, zdjęcia, fotoreportaże, kalendarz imprez. Odwiedziło nas już ponad DWANAŚCIE MILIONÓW osób! dodaj do ulubionych Dodaj do ulubionych startuj z nami Startuj z nami
Start arrow Reportaże arrow Na scenie życia - reportaż
Menu Główne
Start
O Nas
Reklama
Usługi
Patronat medialny
Napisz do nas
Linki
Szukaj
Mapa Serwisu
EPasaż
Informacje
Wydarzenia
Gospodarka
Kultura
Sport
Reportaże
Historia
Przegląd Prasy
Galerie
Fotogaleria
Ogłoszenia
Oferty pracy PUP
Ogłoszenia drobne
Informator Miejski
Spis informacji
Rozkład Jazdy MZK
Rozkład Jazdy PKS
Rozkład Jazdy PKP
Taxi
Mapa Suwałk
Scieżki rowerowe
Urzędy
Instytucje Finansowe
Instytucje Kulturalne
Dyżury Aptek
Hotele
Restauracje/Puby
Opieka Społeczna
Zdjęcie losowe
gminna_choinka 14
Porozmawiaj z nami

Redakcja: 5053591

Marketing: 9452004

Admin: 1607477

Bądź z nami na

follow us on facebookfollow us on twitter



Translate our site
Reklama
Zliczamy od 30.01.08
Aktualnie na stronie
Odwiedza nas 29 gości

statystyka


Reklama
Ostatnio komentowane
Reklama
Masaż suwałki
Różne
WYPOŻYCZĘ POKROWCE NA KRZESŁA
Pokrowce są tak uszyte że można je dopasować praktycznie do każdego krzesła

Pokrowce są z atłasu białego koloru

Pokrowce posiadają szarfę , która służy jako element dekoracyj...
Rodzaj : Różne 
Kategoria : Ogłoszenia
Chmura tagów

suwałki wośp wigry suwałkach ślepsk siatkówka suwałk sejny finał aleksandra historia reklama bakałarzewskiej kowalewski 2010 2011 klasztor augustów kameduli obwodnicy plaza suwalscy suwalskie suwalszczyzna zdjęcia aquapark badminton filipów praca pwsz sowietologia suwalczanie baltica cmentarzy fantasy festival kamedułowie konopnickiej kowna kwaterski

Strony zaprzyjaźnione
Portal samorządowy
wilniuki
ESTACJAFM
PODLASKI SPORT
wigrytv
ESTACJAFM
Ślepsk Suwałki
ESTACJAFM
Wojciech Kowalewski
Forum Suwałki
Na scenie życia - reportaż PDF Drukuj Email
Wpisał: Monika Waraksa, fot. T. Moćkun   
23.07.2011 20:09

W Sejnach zna go wiele osób. Wiosną zakłada wyhaftowane przez siebie koszule, latem dogląda ogródka, jesienią śpiewa cygańskie i litewskie pieśni, a zimą przebiera się za Świętego Mikołaja. Pór roku nie starcza, aby opisać jego wcielenia, a nieliczni wiedzą, że za wszystkimi stoi jeden człowiek- Julian Pachucki.

 


Wyobraźmy sobie 1081 filiżanek wypełnionych krwią. Gdybyśmy ustawili je jedna obok drugiej, ciągnęłyby się przez prawie 100 metrów. Spacer takim szlakiem wydaje się nieco makabryczny i pewnie wielu wzdryga się na samą myśl. Ale, jeśli uznamy zawartość filiżanek za lekarstwo, na dodatek pochodzące od jednego człowieka, zmienia to postać rzeczy.

 

 Julian Pachucki twierdzi, że przez całe swoje dorosłe życie oddał 173 litry krwi. Nie wie, ilu osobom uratował życie. Na pewno przedłużył je dwóm, które znał. Jedną z nich był sąsiad z jego rodzinnej wsi, gdyż kiedyś przetaczano ofiarom wypadków krew wprost od dawcy. Druga osoba dzięki takiemu darowi żyła jeszcze 15 lat. A ile było innych, nie tylko z Sejneńszczyzny, nie dowiemy się nigdy. 

 

Lekarze, których zapytałam o opinię, nie kryli podziwu, czasem niedowierzania. Taka ilość oddanej krwi czyni z pana Juliana bohatera, oznacza, że systematycznie stawiał się w punkcie krwiodawstwa, poddawał badaniom, przyjeżdżał do szpitala, jeśli miał miejsce wypadek, a jego grupa krwi okazała się potrzebna. I tak przez niemal całe życie.

 

- Teoretycznie to możliwe, aby ofiarować tyle litrów krwi. Kiedyś można było oddawać też osocze, sześćset mililitrów, co dwa tygodnie i wpisywano to jako krew. Zupełnie prywatnie jestem pod wrażeniem tego krwiodawcy- mówi Józef Krakowski, lekarz ze Szpitala Powiatowego w Sejnach.

 

Sceptyczni są za to pracownicy Regionalnego Centrum Krwiodawstwa w Suwałkach. Kiedy mówię im, ile litrów krwi oddał sejnianin, w ruch idzie kalkulator. Julian Pachucki w lutym skończył 76 lat, oddawać krew mógł przez ponad 40 lat. Jednak w 173 litry nikt w Suwałkach nie wierzy.

 

- Nie słyszałam o osobie, która byłaby w stanie oddać taką ilość krwi. Nasz suwalski rekordzista ma na koncie 50 litrów. Myślę, że pan Julian mógł oddać nie więcej niż sto – kwituje Maria Sirodzka, kierowniczka suwalskiego centrum krwiodawstwa.


Medal od prezydenta


 W mieszkaniu Juliana Pachuckiego zwracają uwagę dwie rzeczy. Spory ołtarzyk z posążkiem Matki Boskiej na podeście otoczony sztucznymi kwiatami i dyplom za wybitne osiągnięcia w honorowym krwiodawstwie, nadany uchwałą Prezydium Zarządu Wojewódzkiego Czerwonego Krzyża. Nieco wyblakły od słońca, nie jest jedyną nagrodą pana Juliana. Kilkanaście medali i książeczek w czerwonych okładkach trzyma starannie zapakowanych w pudełko. Wśród nich ten najcenniejszy- Złoty Krzyż Zasługi z 1982 r. i zaświadczenie o przyznaniu honorowego tytułu „Zasłużonego dla zdrowia narodu”. Kilka lat temu Złoty Krzyż padł łupem złodzieja, ale nowy przysłał panu Julianowi prezydent Bronisław Komorowski.

 

- Bardzo chciałem pomagać innym ludziom – wyjaśnia J. Pachucki. – Zawsze lubiłem robić dobre uczynki. Kiedy mieszkałem na wsi pomagałem starszym ludziom, a to rąbać drewno na opał, a to przerzucać siano. Potem poszedłem do wojska i byłem ciekaw, jaka jest moja grupa krwi, czy mógłbym ją oddawać.

 

 Młody żołnierz usłyszał od lekarza: „Tak Juluś, twoja krew będzie dobra, zrób jeszcze morfologię.” Chłopak wrócił z kompletem badań, a doktor oznajmił mu, że ma grupę krwi 0, która jest nieoceniona, bo każdemu pasuje. Dodał, że stroniący od alkoholu i niepalący żołnierz ma bardzo czystą krew. Medyk przyjrzał się młodzikowi, który przyjechał z małej miejscowości i pewnie mu się nie przelewało, i zapytał czy chce za swoją krew zapłatę. Julian zaprzeczył: „Nie chcę złamanego grosza. Tylko ratować innym życie”. Koledzy z jednostki mdleli przy oddawaniu krwi, pielęgniarki biegnące po wodę mijały czekającego na korytarzu Julka. Kiedy przyszła jego kolej, usiadł na fotelu nie mając nic więcej poza nadzieją, że nie straci przytomności jak jego poprzednicy i przyglądał się igle znikającej pod skórą. Pierwsze ukłucie nie bolało.


Kąpany w mleku


Wojskowy lekarz powiedział mu coś jeszcze, że ma kości giętkie jak młode gałązki, a matka chyba kąpała go w mleku, dopytywał czy chłopak nie jest gimnastykiem. Był blisko prawdy, bowiem Julian zaczynał od amatorskiego baletu. Na szkolnym przedstawieniu żadna dziewczyna nie potrafiła wykonać skomplikowanego układu choreograficznego, salt, przewrotów i piruetów. Kolejne potykały się, słabły i w końcu rezygnowały. Julek odtańczył układ przed nauczycielami, a w kilka dni później, już w tiulowej spódniczce przed szkolną ciżbą i rodzicami. Kiedy skończył, publiczność nagrodziła go owacją, jej echo brzmiało w jego głowie, nie pozwalając zasnąć. Julek chciał zatrzymać czas, już zawsze być na scenie, słyszeć okrzyki zachwytu i oklaski. Postanowił zostać aktorem.

    

 Przeglądam albumy fotograficzne Juliana Pachuckiego. Mężczyzna mimo swojego wieku jest bardzo energiczny, trudno mu długo usiedzieć w miejscu. Ciągle wstaje, czegoś szuka, nagle jakieś zdjęcie wydaje mu się tak ważne, że koniecznie musi je pokazać. Najstarsze, czarno-białe fotografie są z lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Większość wykonana w Tauroszyszkach, rodzinnej wsi pana Juliana. Ma na nich kilka lat, w objęciach trzyma jagniątko, albo jego samego na rękach podnosi matka, urodziwa kobieta, która wydała na świat siedmioro dzieci. Najpierw pięciu synów, z których najmłodszego lubiła zostawiać przy sobie w domu, uczyć gotować, wyszywać. Był to właśnie Julek, którego umiejętności, także w tej dziedzinie, szybko przyćmiły dokonania młodszych sióstr.

 

Ojciec pana Juliana ma ostrzejsze rysy twarzy i surowe spojrzenie. To on nie zgodził się, aby jego syn został aktorem, a właściwie „błaznem”, bo tak pogardliwie nazywał artystów. Nawet, kiedy Julek dostał się na studia aktorskie w Warszawie, nie chciał słyszeć o scenicznej karierze najmłodszego syna. Po kilkudziesięciu latach pan Julian mówi o nim już tylko z miłością, ale swego czasu, jak przyznaje, miał do ojca pretensje. Woli rodzica się nie przeciwstawił, zamiast kostiumu scenicznego przybrał żołnierski mundur.


„W moim ogrodzie, gdzie czas leniwy”


 Ale życie wydaje się filmem opartym na scenariuszu, jaki każdy z nas nosi w sercu, bo Julek nie zrezygnował z aktorstwa. Śpiewał i tańczył we własnoręcznie uszytych kostiumach, a jego występy przysporzyły mu taką popularność, że regularnie zapraszano go na wesela. Tam, przebrany za cygankę, w peruce, sukni po kostki i pełnym makijażu, zawodził pieśni o tułaczym życiu w taborze. I tak jak przed laty, rozlegały się brawa i prośby o bis. Tych ostatnich wykonywał setki, póki nie zrobiły się modne wesela z wynajmowanym DJ-em i zespołem.

 

Młody Julek na niemal każdej fotografii pozuje wśród kwiatów. Jest niewysoki, szczupły, nieco podobny do śpiewaka Jacka Wójcickiego. Większość tych cech została mu do dzisiaj, tylko włosy z czerni przeszły na biel.

 

 Już nie występuje, nie licząc sporadycznych koncertów z litewskim repertuarem, a swój wolny czas dzieli między szycie i ogródek. Te dwa zajęcia tylko pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego. Własnoręcznie wyhaftowane koszule Juliana Pachuckiego zawsze wzbudzają spore zainteresowanie. Przyglądają mu się przechodnie, kobiety zerkają z zazdrością, bo mało która potrafi wyszyć takie detale jak kolce róż, przechodzące w siebie kolory na płatkach, żyłki na listkach. Jest też koszula w barwach narodowych Litwy, jego strój przeznaczony na wycieczki do Wilna. Sporo jeździ z wizytami do rodziny, do Puńska i okolic. Czasem krewniacy odwiedzają jego, ale większość wyemigrowała za ocean, od lat widują się sporadycznie. Nie ożenił się, może zabrakło czasu w ferworze występów. A i bez nich ma cały dzień wypełniony, zwłaszcza w cieplejsze miesiące. Jego ogródek to wzór schludności, wypielone grządki z ogórkami, ziemniakami, burakami, marchwią. Po płocie wspina się pachnący groszek, wzdłuż niego białe główki wystawiają rumianki. Prawdziwe bogactwo kwiatów czeka na nas w głębi podwórka. Pan Julian wchodzi między sięgające mu do pasa lilie, wącha goździki brodate we wszystkich możliwych kolorach. Po wzory do swoich koszul ma kilka kroków, nie musi podpatrywać z obrazków. Nie lubi bezczynności. Sięga po przygotowaną torbę i grabki, idzie sadzić miętę. Jak skończy, będzie chwila na odpoczynek, a może jeszcze odmówi różaniec.


Zdążyli przed Panem Bogiem


Pierwszy raz zemdlał kilka miesięcy temu w kościele. Zebrani ludzie chcieli wezwać pogotowie. Pan Julian ocknął się i sam ich uspokajał. Nie chciał zamieszania, uznał że to tylko przemęczenie. Ale bóle przychodziły coraz częściej, ich źródło ulokowane było gdzieś z boku, w pachwinie. Czuł się coraz gorzej. Wsiadł do autobusu i pojechał do znajomej lekarki.

 

- Wcześniej rozmawiałem z siostrą, która zastanawiała się, które z naszego rodzeństwa Pan Bóg zabierze najpierw. Jako starszy, odpowiedziałem, że na pewno mnie, ale nikt się z tym nie zgodził. Ludzie zawsze mi powtarzali, że jak oddałem tyle krwi, to Bóg da mi za to długie życie. Ale choroba w końcu zapukała do moich drzwi - wspomina pan Julian.

 

Diagnoza brzmiała krótko – przepuklina. Niebezpieczna, bo tak długo ignorowana. Kiedy pan Julian trafił na stół operacyjny na szali było jego życie. Dowiedział się o tym, dopiero, kiedy wzbudził się z narkozy. Lekarz żartował, że u Pana Boga Julian ma specjalne względy, gdyby zwlekali z operacją choćby godzinę, mogłoby być naprawdę niebezpiecznie. „Śmierć?”, zapytał pacjent. Lekarz skinął głową na potwierdzenie.

 

 Teraz Julian Pachucki musi oszczędzać siły. Ma nadzieje, że do zimy wydobrzeje na tyle, aby narzucić na plecy worek. Od lat zakłada siwą brodę i chodzi po domach jako Mikołaj. Najczęściej odwiedza pacjentów sejneńskiego szpitala, wręczając podarki. Zdarza się, że ktoś go poprosi o rozdanie prezentów dzieciom. Wtedy i on może liczyć na jakąś paczuszkę. Do pierwszych śniegów daleko, a Julian Pachucki rozgląda się po ukwieconym ogrodzie, uśmiecha się do purpurowych dzwonków, różowych liliowych pyszczków.

 

Czesław Miłosz pisał: „Aktorstwo dnia codziennego tym się różni od aktorstwa w teatrze, że wszyscy grają przed wszystkimi i wiedzą nawzajem o sobie, że grają”. Pan Julian zdejmuje siwą brodę, odczepia perukę, zmywa róż z policzków, do szafy odwiesza haftowane koszule. Ale nie przestaje się uśmiechać.

 

 

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »