19.07.2014

Doznajesz przemocy? Lekarz ma obowiązek Ci pomóc!

– Bardzo często lekarz jest tą osobą, która jako pierwsza dowiaduje się o przemocy w rodzinie.

Pacjenci zgłaszają się do lekarzy z różnymi dolegliwościami, które mogą świadczyć o doznawaniu przemocy w rodzinie – mówi Katarzyna Michalska z Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych. Ci, którzy doświadczają przemocy ze strony najbliższych,  zazwyczaj nie  wiedzą, że zgodnie z prawem mogą oczekiwać pomocy m.in. w gabinecie lekarskim.

W każdej polskiej gminie lub mieście powinien działać zespół interdyscyplinarny złożony ze specjalistów. Nowelizacja ustawy z 2010 r. włączyła do systemu przeciwdziałania przemocy w rodzinie poza Policją czy pomocą społeczną także ochronę zdrowia. W sytuacji podejrzenia przemocy w rodzinie lekarz ma obowiązek wszcząć procedurę „Niebieskie Karty”. Ma ona na celu ustalenie, czy w danym przypadku faktycznie dochodzi do stosowania przemocy w rodzinie, oraz opracowanie i realizację planu pomocy.

Lekarze mają także obowiązek wykonać bezpłatne badanie  w celu ustalenia przyczyn i rodzaju uszkodzeń ciała związanych z użyciem przemocy w rodzinie oraz wydać zaświadczenie lekarskie. Co istotne, taki dokument może wydać lekarz każdej specjalności – nie tylko biegły z zakresu medycyny sądowej (jak w przypadku obdukcji). Wydanie zaświadczenia jest bezpłatne.

Lekarz ma autorytet

Eksperci zwracają uwagę, że osoba doznająca przemocy często ze strachu lub ze wstydu nie decyduje się powiadomić o swoim problemie Policji czy pomocy społecznej. Szansą na ujawnienie problemu przemocy może okazać się wizyta w gabinecie lekarskim. Często to właśnie lekarz uświadamia pacjentowi, że jest ofiarą przemocy i powinien otrzymać pomoc. Lekarz może wskazać konkretne drogi wyjścia z problemu, dać namiary na ośrodki dla ofiar przemocy w rodzinie czy organizacje pozarządowe, które udzielają wsparcia.

– Lekarz jest autorytetem i jako przedstawiciel ochrony zdrowia cieszy się poważaniem społecznym. Dzięki temu ma największą szansę na to, że pacjent go wysłucha i zastosuje się do jego rad i zaleceń – uważa Wanda Paszkiewicz, psycholog, specjalista w zakresie przeciwdziałania przemocy w rodzinie. – Osoba doznająca przemocy może nie posłuchać policjanta, pracownika socjalnego, ale przekonają ją argumenty lekarza i poważnie rozważy jego stanowisko.

Etyka i prawo

Obowiązek pomocy pacjentom doznającym przemocy wynika nie tylko z przepisów ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, lecz także z zasad etyki lekarskiej. Ważne, by osoby krzywdzone wiedziały, że przemoc w rodzinie ma destrukcyjny wpływ na ich zdrowie fizyczne i psychiczne. Konkretne wskazówki lekarza dla osób doznających przemocy mają na celu poprawę ich stanu zdrowia. – Tak jak lekarz zapisuje lekarstwo, tak samo daje zalecenie, by zgłosić się do specjalistycznej placówki dla osób doznających przemocy w rodzinie – zauważa Wanda Paszkiewicz.

Lekarz ma obowiązek okazać wsparcie pacjentowi, ale jego rola w systemie przeciwdziałania przemocy jest odmienna niż w przypadku Policji czy pomocy społecznej. – Lekarz jest po to, by powiedzieć: „Uwaga, być może doszło tu do aktu przemocy”. Nie ma to jeszcze nic wspólnego z uznaniem, że faktycznie doszło do skrzywdzenia – zauważa prof. Andrzej Marciński, radiolog, od lat zaangażowany w przeciwdziałanie przemocy w rodzinie. – Chodzi o to, by skierować sprawę do tych instytucji, które z mocy prawa mogą się tym zająć. Mam na myśli nie tylko sąd rodzinny i karny czy prokuraturę, procedurę „Niebieskie Karty”, lecz także zespoły interdyscyplinarne.

Lekarzu, reaguj na przemoc!

Niestety wielu lekarzy nie zna szczegółowo obowiązków, które nakłada na nich Ustawa o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Szansą na zmianę jest ogólnopolska kampania informacyjno-edukacyjna skierowana do przedstawicieli ochrony zdrowia „Lekarzu, reaguj na przemoc!”. Jej celem jest m.in. zapoznanie lekarzy z procedurą „Niebieskie Karty” oraz z psychologicznymi aspektami przeciwdziałania przemocy.

Z inicjatywy Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych pod koniec ubiegłego roku do każdej placówki podstawowej opieki zdrowotnej w Polsce trafił pakiet edukacyjny z omówieniem psychologicznych i prawnych aspektów przeciwdziałania przemocy. Więcej informacji o kampanii  można znaleźć na stronie www.lekarzureagujnaprzemoc.pl.

Świadectwa pacjentów doznających przemocy

  •  „W gabinecie było mi wstyd” 
  • „W przychodni czułam się jak trędowata”
  • „Cieszyłam się z braku kłopotliwych pytań”

 „W gabinecie było mi wstyd”

W zeszłym miesiącu była 23. rocznica naszego ślubu. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że te lata to pasmo nieszczęść i bólu. Początki zapamiętałam jako wspaniałe. Dobrze nam się powodziło. Andrzej był dobrym fachowcem – mechanikiem samochodowym, jedynym w okolicy. W naszym garażu auta naprawiali sołtys, dyrektorka szkoły, ksiądz, kierownik przychodni. Byliśmy lubianą i szanowaną rodziną. Zaplanowaliśmy, że będziemy mieć czwórkę dzieci, i rzeczywiście tak się stało. Na świat przyszli kolejno Asia, Paulina, Natalia i Piotruś. Syn ma dziś dwa lata. Kiedy go urodziłam, mój koszmar już trwał.

Wszystko zaczęło się psuć wraz z podupadaniem warsztatu samochodowego Andrzeja. W sąsiedniej miejscowości powstały dwie takie firmy, i to prowadzone przez wykwalifikowanych mechaników. A mój Andrzej był samoukiem. Samochody, które jeździły po drogach naszej gminy 20 lat temu, były dużo mniej zaawansowane niż dzisiejsze.

Mąż się zmieniał. Nic go nie cieszyło. Nawet to, że dziewczyny dobrze radzą sobie w szkole, że Asia jako pierwsza w rodzinie dostała się na studia. Zaczął pić. Przyznaję – bałam się tego przez całe życie. Dwaj bracia Andrzeja byli nałogowcami, nigdy nie założyli rodzin, powoli się staczali. Andrzej zawsze wydawał się inny. Rodzice chwalili go, że ma poukładane w głowie. I tak rzeczywiście było, ale może ta podatność na nałogi to sprawa genów? Ze względu na dzieci wolałabym, żeby tak nie było.

Mąż praktycznie nie miał zleceń. Zaczął zapraszać braci do domu. Wcześniej praktycznie tego nie robił. Wstydził się, nie chciał, żeby dzieci patrzyły na stan wujków. Teraz to byli najlepsi kompani. Dawał im pieniądze – zaskórniaki, których akurat wtedy tak bardzo potrzebowaliśmy. Braciszkowie posłusznie szli do sklepu i przynosili towar. Te libacje w garażu (coraz częstsze) były koszmarem. Nie pozwalałam dzieciom wychodzić z domu, puszczałam głośno telewizor, żeby nie słyszały pijackiego bełkotu ojca i wujków.

Do domu Andrzej wracał nad ranem. Na początku po prostu lekceważył moje pretensje, które zamieniły się w błagania. Nie robiły na nim wrażenia. Było coraz gorzej. W końcu przestałam się odzywać, bo Andrzej zaczął się zachowywać agresywnie. Krzyczał, obrażał mnie, nie zwracając uwagi na dzieci. Zaczęły się poszturchiwania, złośliwe ciągnięcie za włosy, przepychanki w drzwiach, wymuszony seks. Mąż praktycznie nie dawał pieniędzy na życie.

Pewnego dnia okazało się, że jestem w ciąży. Widziałam, że się ucieszył, kiedy oznajmiłam: „Będziesz miał syna”. Bardzo chciałam wierzyć, że to pomoże mu się opamiętać. Podczas ciąży zabierałam go do lekarza na wizyty kontrolne, nawet gdy był trochę zamroczony alkoholem. Chciałam, żeby widział, jak rośnie nasz syn. Patrzył, płakał. Widziałam zmieszanie lekarza – pewnie nie zdarzało mu się, żeby z ciężarną do gabinetu wchodził pijany mąż. Ale ja przełamywałam wstyd. Walczyłam o niego, o naszą rodzinę.

Wszystko na próżno. Andrzej nie przestał pić. Błagałam, mówiłam, że przecież mogę zacząć rodzić w każdej chwili – kto mnie zawiezie do szpitala, jeśli on będzie pijany? Nic nie pomagało. Na porodówkę zawiozła mnie siostra. Andrzej dopiero następnego dnia przyszedł zobaczyć syna. Skacowany, bo poprzedniego wieczora zdążył opić narodziny Piotrusia. Kobieta, która leżała ze mną na jednej sali, żartowała sobie ze mnie. Przecież jej mąż też był mocno „zmęczony” po pępkówce. Ale ja wiedziałam, że to po prostu dalszy ciąg mojego koszmaru.

Pierwsze miesiące po powrocie ze szpitala były względnie spokojne. Andrzej dał mi spokój, pił, ale po cichu. Było mi ciężko – niby przy czwartym dziecku opieka nad niemowlakiem nie miała dla mnie tajemnic, ale przecież nie należałam już do najmłodszych. Córki próbowały mi pomagać, ale widziałam, że kiedy zbliża się Andrzej, ulatniają się. Zdałam sobie sprawę z tego, że boją się ojca. W prowadzeniu domu i opiece nad małym zaczęła mi pomagać starsza siostra. Andrzejowi bardzo się to nie podobało. Pewnego dnia zwymyślał mnie od najgorszych, wmawiał, że knujemy z Jolą przeciwko niemu. Jola nie wytrzymała. Powiedziała, że więcej do nas nie przyjdzie. Potem jednak zadzwoniła do mnie, chyba zrobiło jej się mnie żal. Zapytała, co może zrobić dla mnie albo dla dzieci.

Były wakacje. Dziewczynki spędzały je w domu. Poprosiłam Jolę, by zabrała Paulę i Natalkę (najstarsza córka mieszkała już wtedy w Warszawie) do siebie na parę dni. Chciałam, żeby trochę odpoczęły od ciężkiej atmosfery w domu. Przyjechał po nie szwagier. Zostałam w domu sama z Piotrusiem. Kiedy Andrzej wrócił, zorientował się, że dziewczyn nie ma. Oczywiście był mocno wstawiony. Wściekł się, wrzeszczał, że ja też mogę się wyprowadzić, skoro tak mi źle.

Byłam na skraju załamania. Wsadziłam Piotrusia do wózka i już miałam wychodzić, ale wróciłam się po kilka ubranek dla niego i pieluszki. Kiedy Andrzej zobaczył, że wychodzę, zaciągnął mnie z powrotem do domu. Dosłownie rzucił mną o ścianę. Przewróciłam się na ziemię, a on chwycił mnie za włosy i uderzył z całej siły moją głową o podłogę. Chyba na chwilę straciłam przytomność. Kiedy się ocknęłam, już go nie było. Piotruś spokojnie spał obok w wózku. Kręciło mi się w głowie, ale dałam radę zadzwonić do Joli. Za chwilę przyjechała po mnie razem ze szwagrem. Tym razem nie wróciłam po rzeczy, po prostu odjechaliśmy.

Późnym wieczorem zaczęło mi być niedobrze. Niesamowicie bolała mnie głowa. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Jola i Waldek (szwagier) wsadzili mnie do auta i pojechaliśmy na SOR. Z Piotrusiem i dziewczynkami została dorosła córka siostry. Na miejscu była straszna kolejka: płaczące dzieci z gorączką, wymiotująca staruszka, pobity bezdomny… Siostra ubłagała kilka osób, by przepuściły mnie w kolejce.

Przyjął mnie starszy lekarz. Zapytał, co się stało. Nie zdążyłam nic powiedzieć, bo siostra bez chwili namysłu poinformowała go, że to mąż mnie tak urządził. Doktor stwierdził podejrzenie wstrząśnienia mózgu. Chciał mnie wysłać do szpitala, ale się nie zgodziłam. Wiedziałam, że dziewczynki są przerażone, poza tym ciągle karmiłam Piotrusia piersią. Jola zaczęła opowiadać lekarzowi o Andrzeju. Powiedziała, że pójdzie ze mną na policję złożyć doniesienie. Poprosiła doktora o jakiś kwitek – dowód, że mnie przyjął i że zostałam pobita. Lekarz westchnął. Mówił, że wypisanie takiego „porządnego zaświadczenia” zajęłoby mu ok. pół godziny. W tym czasie mógłby przyjąć ze trzech pacjentów z tej ogromnej kolejki… Doradził, żebym następnego dnia poprosiła o kwitek swojego lekarza rodzinnego.

Wróciliśmy do domu, gdzie spokojnie przespałam całą noc z przerwami na karmienie Piotrusia. Rano nie chciałam słyszeć o wychodzeniu z domu, ale siostra się uparła. Pojechałyśmy do przychodni. Na korytarzu minęłam znajomą. Oczywiście spytała, co się stało. „Zakręciło mi się w głowie i spadłam ze schodów” – powiedziałam. Uwierzyła od razu. Mówiła, że powinnam się cieszyć, że akurat w tamtym momencie nie trzymałam na rękach Piotrusia…

Pani doktor zbadała mnie i zrugała za to, że nie zgodziłam się na hospitalizację. Oczywiście zapytała też o okoliczności „wypadku”. Już zamierzałam opowiedzieć historię o schodach, ale moja siostra postanowiła nie dawać za wygraną. Lekarka była zakłopotana tym, co usłyszała. To bardzo doświadczona pani doktor, pracuje w naszej przychodni pewnie ze 30 lat. Dawniej niejeden raz jej mąż przywoził Andrzejowi swój samochód do drobnych napraw.

Widziałam, że nie wie, co ma powiedzieć. Zaczęła robić jakieś uwagi na temat małżeńskich nieporozumień. Że „zdarza się”, że nie można od razu wszystkiego kwalifikować jako przemocy w rodzinie, bo wtedy policja nie będzie robiła nic poza ściganiem niepokornych mężów. Nie odezwałam się, było mi wstyd i chciałam jak najszybciej wyjść z gabinetu. Siostra tłumaczyła, że mąż znęca się nade mną od kilku lat. Lekarka doradziła kontakt z dzielnicowym. Powiedziała, żeby skonsultować się z nim, a potem w razie czego wrócić do niej z instrukcjami. Chyba sama za bardzo nie wiedziała, jak mi pomóc.

Pojechałyśmy na komisariat, policjant sporządził dokumentację. Zapytał, czy mam gdzie się schronić z dziećmi. Siostra zapewniła, że możemy u nich mieszkać tak długo, jak tylko będzie potrzebne. Pewnie nie sądziła, że potrwa to półtora roku… Ostatnio coraz bardziej dojrzewam do decyzji o powrocie do męża. Chyba pracował nad sobą przez ten czas. Twierdzi, że zarejestrował się w urzędzie pracy. Podobno – jak doniosła mi sąsiadka – bracia już go nie odwiedzają.

Maria, 42 lata

 „W przychodni czułam się jak trędowata”

„Mam na imię Małgorzata, mam 25 lat, jestem alkoholiczką” – tylko tyle wydusiłam z siebie ponad rok temu podczas mojego pierwszego spotkania w klubie AA. Zaczynam od tego, bo to alkohol zaważył na moim życiu. Picie i bicie – tak można podsumować lata mojego małżeństwa. Pierwszy był alkohol.

Wojtek i ja nigdy nie byliśmy święci, w zasadzie już od dzieciństwa eksperymentowaliśmy z alkoholem. Po ślubie zamieszkaliśmy u moich rodziców. Mąż pracował tylko dorywczo, ja szybko zaszłam w ciążę. Wojtek znikał na całe dnie. Włóczył się z kolegami, a mnie i rodziców przekonywał, że szuka jakiejś dorywczej pracy. Czasem wracał sponiewierany, pobity. Po wódce zaczynał wariować, po prostu tak miał.

Ciąża mnie przerażała, czułam, że to koniec mojej młodości. Wiedziałam, że nie podobam się już Wojtkowi, i to doprowadzało mnie do rozpaczy. On korzystał z życia. W zasadzie nie było dnia, żebym nie wyczuła od niego alkoholu. Byłam zła, ale chyba głównie dlatego, że sama nie mogę pić…

15 października 2007 roku urodziła się Patrycja. Tydzień później zmarła moja babcia. To straszne, ale odetchnęliśmy z ulgą. Maleńki domek babci był do naszej dyspozycji, mogliśmy wyprowadzić się od rodziców. Byliśmy wolni. Wojtek przyprowadzał kolegów do domu. Opijanie narodzin dziecka trwało chyba z miesiąc. Powoli wracałam do alkoholu po całkowitej abstynencji, którą utrzymywałam w czasie ciąży. Wojtkowi nie podobało się moje picie. Kłóciliśmy się.

Dziś próbuję sobie przypomnieć, kiedy pierwszy raz mnie uderzył, ale nie potrafię. To chyba nie był dla mnie jakiś straszny szok. Przywykłam do tego, że Wojtek bywa brutalny. Szturchnięcia, popchnięcia – to wszystko przecież mogło się przydarzyć podczas kłótni. Agresję męża tłumaczyłam wódką. Sama przecież dobrze wiedziałam, że po upiciu człowiek przestaje nad sobą panować.

Kiedyś wybraliśmy się na imieniny szwagra. Siedzieliśmy do późna, alkoholu oczywiście nie brakowało. Po północy zaczęłam prosić Wojtka, żebyśmy zbierali się do wyjścia. Akurat znajomi jego brata mieli wracać i po drodze mogli nas podrzucić do domu. Ale on był jeszcze niedopity. Błagałam, wskazywałam na śpiącą w wózku Patrycję, chyba nawet płakałam – po alkoholu często zdarzało mi się rozkleić. W pewnej chwili Wojtek wstał gwałtownie od stołu i bez słowa wyszedł. Wsiedliśmy do samochodu znajomych w kompletnej ciszy. Piekło rozpętało się za chwilę.

Wojtek zaczął mnie wyzywać od najgorszych, ja nie pozostawałam mu dłużna. Pociągnął mnie za włosy, chwycił za twarz, nie zwracając uwagi na Patrycję, która spała na moich kolanach. Kolega zatrzymał samochód, kazał Wojtkowi wysiadać, ale on nie miał zamiaru tego zrobić. Wystraszone dziecko zaczęło płakać, nie wiedziałam, co mam robić. W końcu wysiadłam i powiedziałam, żeby odwieźli męża do domu. Pojechali, a ja skierowałam się do rodziców. Nigdy nie zapomnę wzroku mojej matki, kiedy stanęłam w drzwiach. Patrzyła na mnie z przerażeniem i obrzydzeniem. Zabrała Patrycję bez słowa, ja położyłam się na kanapie.

Rano obudziłam się skacowana. Matka powiedziała tylko, że nie odda mi dziecka. Trochę oponowałam, ale dziś wydaje mi się, że poczułam coś w rodzaju ulgi. Wróciłam do Wojtka. Pytał o Patrycję, przeprosił. Powiedział, że przez tydzień albo dwa dziecko może pomieszkać z dziadkami, a my w tym czasie doprowadzimy się do porządku, dogadamy.

Tylko że mijały tygodnie, miesiące, a my wcale nie zamierzaliśmy się starać o odzyskanie Patrycji. Kompletnie straciliśmy kontakt z rzeczywistością. Wtedy już piliśmy na umór. Co jakiś czas przypominałam sobie o dziecku, rozpaczałam, że Patrycji z nami nie ma. Wojtek wtedy nazywał mnie wyrodną matką. Ja reagowałam na to wściekłością, rzucałam się na niego z pięściami. Oczywiście nie miałam szans. Bił mnie bez opamiętania. Godziła nas zawsze wódka.

Pewnego dnia Wojtek wyszedł do pracy – kolega dał mu znać, że w okolicy potrzebują kogoś na budowę. Pamiętam, że oglądałam telewizję, kiedy do drzwi zapukała drobna dziewczyna. Powiedziała, że jest pracownikiem socjalnym. Byłam zaskoczona, jak dużo o mnie wiedziała. Chyba wcześniej kontaktowała się z moją matką. Dobrze nam się rozmawiało, wyżaliłam się na męża, na sytuację z Patrycją. Pani Edyta mi współczuła, ale jednocześnie zwróciła uwagę, że problemem jest też moje picie.

Mówiła, że mogę się leczyć, że nie jestem skazana na mieszkanie z mężem, że wystarczy na mnie popatrzeć, by wiedzieć, że jestem ofiarą przemocy. Pytała, czy byłam u lekarza (akurat byłam bardzo obolała, kulałam na jedną nogę). Zaprzeczyłam, przecież nawet nie miałam ubezpieczenia. Powiedziała, że powinnam zgłosić doktorowi pobicie, a on ma bezpłatnie wystawić specjalne zaświadczenie, które kiedyś może mi się bardzo przydać. W końcu pożegnałyśmy się. Wieczorem wrócił Wojtek. Bez grosza. Dniówkę przepił z kolegami. Byłam wściekła, bo wtedy tonęliśmy już w długach. Zaczęliśmy się kłócić, skończyło się jak zwykle. Przewrócił mnie na ziemię, bił po głowie i klatce piersiowej. Ból nie do opisania. Kiedy się zmęczył, po prostu usnął.

Następnego dnia wcześnie rano zaczęłam mieć problemy z oddychaniem. Bałam się, że to coś z sercem. Wyszłam przed dom, sąsiadka zaproponowała, że podrzuci mnie do przychodni. Już w rejestracji poczułam się jak trędowata. Od razu wyszło na jaw, że nie jestem ubezpieczona, musiałam przy wszystkich pacjentach stojących w kolejce powiedzieć, że zostałam pobita i chcę badania. Dla pielęgniarki byłam po prostu pijaczką, która oberwała od kompanów i teraz żąda bezpłatnej wizyty lekarskiej.

Lekarka przyjęła mnie w gabinecie. Zbadała, stwierdziła złamanie żebra. Miałam wrażenie, że chce się mnie jak najszybciej pozbyć. Ale ja przypomniałam sobie o zaświadczeniu. Lekarka zrobiła wielkie oczy. Powiedziała, że w przychodni nie mają takich druków. Odeszłam więc z niczym. Poszłam do domu, Wojtka nie było. Wszystko mnie bolało, byłam całkowicie rozbita. Przypomniałam sobie o Edycie. Zadzwoniłam, powiedziałam, że nie dostałam zaświadczenia. Edyta była oburzona. Powiedziała, żebym przyszła do GOPS-u po druk i zaniosła go pani doktor. Tak właśnie zrobiłam. Ale w przychodni zastałam już innego lekarza.

Wziął ode mnie formularz, pokręcił głową. Powiedział, że nie jest lekarzem sądowym, choć ma kolegę, który mógłby zrobić mi obdukcję. Kosztowałoby to jakieś 100 złotych. Roześmiałam się. Nie miałam wtedy żadnych pieniędzy. Byłam zła na Edytę, że każe mi chodzić od lekarza do lekarza, naraża na upokorzenia. Wyszłam z gabinetu, znowu zadzwoniłam do GOPS-u. Edyta chyba skontaktowała się z dyrekcją przychodni. Za chwilę przyszedł lekarz, zbadał mnie i wypisał druczek. Kiedy wyszłam od niego, pod drzwiami stała Edyta. Prosiła, żebym nie wracała do domu. Byłam tak zmęczona i obolała, że było mi wszystko jedno. Spędziłam dwa tygodnie w domu rodziców. W tym czasie Edyta szukała dla mnie miejsca na oddziale odwykowym. Matka nie pozwalała mi zbliżać się do Patrycji. To był koszmar. W końcu telefon od Edyty: mogłam pojechać na leczenie.

Było ciężko, ale udało mi się wytrwać. Między innymi dzięki wspaniałym lekarzom, którzy się mną zajęli. Prosto z odwyku trafiłam do schroniska dla ofiar przemocy w rodzinie. Spędziłam tam kilka miesięcy. W tym czasie odwiedzałam rodziców i małą, chciałam, aby uwierzyli, że się zmieniam. Matka mnie kontrolowała, rozliczała ze wszystkiego. To było upokarzające, ale wiem, że potrzebne. Od jakiegoś czasu mieszkam w rodzinnym domu. Staram się być dla Patrycji jak najlepszą matką, jakoś jej wszystko wynagrodzić. Wojtka nie chcę znać.

Małgorzata, 25 lat

„Cieszyłam się z braku kłopotliwych pytań”

Nie wiem, od czego zacząć tę historię. Może od tego, że osoba, o której opowiem, dziś wydaje mi się obca. Aż trudno mi uwierzyć, że to będzie opowieść o mnie – sprzed zaledwie kilku lat. Najchętniej do każdego kolejnego wątku tej historii dopisałabym zdanie zaczynające się od: „Dziś wiem, że…”. Wtedy nic nie wiedziałam. Byłam jak mały przestraszony kundelek, wdzięczny za każdy najmniejszy gest swojego pana – podrapanie za uchem, dobrotliwe klepnięcie, jakiś ochłap ze stołu. Albo za to, że akurat dziś zostawił mnie w spokoju – nie szturchnął, nie popchnął na ścianę, nie podłożył nogi.

Między mną i Piotrkiem zaiskrzyło niedługo przed maturą. To miała być ostatnia impreza w klasowym gronie, choć dla mnie było to w zasadzie pierwsze takie wyjście. W przeciwieństwie do Piotrka – przystojnego, inteligentnego i lubianego przez wszystkich – nie byłam zbyt towarzyska. Kiedy przyszłam, już otaczał go wianuszek koleżanek. Nawet do głowy mi nie przyszło, że Piotrek zwróci na mnie uwagę. Najpierw nie mogłam wyjść ze zdziwienia i byłam onieśmielona, a później… sprawy potoczyły się szybko.

Na pisemnym egzaminie z polskiego byliśmy już parą. Matura kiepsko mi poszła, Piotrek zdał najlepiej w klasie. Znalazł się w czołówce przyjętych na AGH w Krakowie. Zdecydowaliśmy, że pojedziemy tam razem. Ja znajdę pracę, on będzie studiował i też dorywczo pracował. Te pierwsze lata w Krakowie były najlepsze. Jasne, po jakimś czasie minęła już tamta sielanka, zaczęłam dostrzegać wady Piotrka. Łatwo się denerwował, obrażał, potrafił milczeć tygodniami, gdy zrobiłam lub powiedziałam coś nie tak. Czasem naśmiewał się z moich dodatkowych kilogramów – wiedział, że zaboli. Dziś wiem, że to był najłagodniejszy wymiar kary.

Gdy poprosił mnie o rękę, nie miałam wątpliwości. Ślub był zwyczajny, wesele – skromne, szybko wróciliśmy do rzeczywistości. Piotrek akurat dostał pierwszą pracę z prawdziwego zdarzenia – niezłe zarobki, służbowy samochód i komputer. Wciąż mi imponował. Ja pracowałam od kilku lat w tym samym sklepie na naszym osiedlu.

Pierwsze tygodnie w nowej firmie Piotrka to był koszmar. Codziennie wracał wściekły, ze wszystkiego niezadowolony. Próbowałam dać mu wsparcie, starałam się, ale było coraz gorzej. Widziałam, że sobie nie radzi, ale ciągle przekonywałam go, że to minie, że będzie najlepszy. Jak zawsze. Pewnego dnia wrócił do domu wcześniej niż zazwyczaj. Nie uprzedził mnie, więc nie czekałam jak zwykle z obiadem – wyszłam coś załatwić.

Kiedy wróciłam do domu i zobaczyłam jego kurtkę, już wiedziałam, że będzie wściekły. Zaczął wrzeszczeć. Wcześniej zdarzało mu się powiedzieć w nerwach coś niemiłego, ale wyzwiska, które usłyszałam tym razem, wprawiły mnie w osłupienie. Moje milczenie jeszcze bardziej go rozwścieczyło. Chwycił mnie za twarz i zaczął trząść, a ja, chcąc się uchylić, wpadłam na lodówkę. Rozcięłam skórę na czole, szybko pojawiło się sporo krwi. Piotrek wpadł w panikę, zaprowadził mnie do łazienki i zaczął myć.

Byłam jak odrętwiała. Bolała mnie cała twarz. Nie dochodziło do mnie to, co Piotrek mówił. Przepraszał, rozpaczał, chodził w kółko po pokoju, przykładał lód. Noc spędziłam na kanapie, on spał na podłodze tuż obok mnie. Rano jeszcze raz przeprosił i wyszedł do pracy. Popatrzyłam w lustro i już wiedziałam, że nie będę mogła pokazać się w sklepie przez kilka najbliższych dni. Twarz była fioletowa.

Był koniec roku, nie miałam już ani jednego dnia urlopu do wykorzystania. Telefonicznie umówiłam się do mojej lekarki. Na szczęście w przychodni nie było kolejki, od razu weszłam do gabinetu. Wcześniej ustaliłam, co powiem. „Ściągałam z wysokiej półki w kuchni coś ciężkiego, niefortunnie stanęłam na krześle, które się przewróciło, a ja, spadając, uderzyłam w krawędź szafki”. Wyrecytowałam to wszystko, śmiejąc się ze swojej nieostrożności. Pani doktor popatrzyła znad okularów i ciężko westchnęła. Zapadła cisza. W końcu lekarka obejrzała rankę na czole, powiedziała, że nie trzeba szyć. Siniaków nie skomentowała. Poprosiłam o zwolnienie lekarskie, wytłumaczyłam, że nie mogę się tak pokazać w sklepie. Wypisała i bez słowa wręczyła mi druczek. Odetchnęłam z ulgą – byłam jej taka wdzięczna, że nie zadawała niepotrzebnych pytań! Pożegnałam się i wróciłam do domu.

Posprzątałam kuchnię i łazienkę, zrobiłam obiad. W międzyczasie odebrałam kilka SMS-ów od Piotrka. Pisał, że nigdy sobie nie wybaczy, że jestem najważniejsza, że nie zasługuje na mnie. Zrobiło mi się go żal. Myślałam: „Jest mu tak ciężko w tej nowej firmie, pewnie nawet nie mam pojęcia, jaki to stres i nerwy. A przecież poświęca się dla nas obojga”.

Wszedł do domu po cichutku, z miną zbitego psa. Widziałam kątem oka, że patrzy na mnie z przerażeniem. Pocałował mnie, objął z taką czułością, jakiej nie okazywał mi od dłuższego czasu. Przy obiedzie opowiedział o problemach w firmie. Zrozumiałam, przez co przechodzi. Powiedziałam, że chcę go wspierać, że razem na pewno sobie poradzimy.

Siniaki goiły się szybko, rana w moim sercu – chyba jeszcze szybciej. Znowu byliśmy szczęśliwi. Ale radość nie trwała długo. Po kilku tygodniach napięcie znowu zaczęło rosnąć. Piotrek czepiał się o wszystko, wyśmiewał mnie, upokarzał. Koszmar zaczął się od nowa. Nie liczyłam pojedynczych szturchnięć, wymierzonych policzków. Siniaki mogłam ukryć pod kryjącym fluidem i grubą warstwą pudru. Tylko że na nich się nie skończyło.

Pewnego razu podczas awantury chciałam wyjść z pokoju, odwróciłam się od Piotrka, a on popchnął mnie na ścianę. Z bólu na chwilę straciłam przytomność. Kiedy się ocknęłam, mój nos był dwa–trzy razy większy niż zwykle. Złamany. Piotrek kazał mi się ubierać. Pojechaliśmy na dyżur całodobowy. W aucie powiedział mi, jak mogę się z tego wytłumaczyć lekarzowi. Nie musiał nic mówić, sama już układałam scenariusz w głowie. Do gabinetu weszłam bez niego. Młody lekarz popatrzył na mnie ze współczuciem, kazał się rozebrać. Wyrecytowałam wcześniej przygotowaną wersję zdarzeń, ale nie miałam siły się starać, by zabrzmiała przekonująco.

Doktor bez słowa obserwował posiniaczone ramiona, potwierdził, że nos jest złamany. Widziałam, że nie słucha moich tłumaczeń. W końcu przerwał mi. „Przecież widzę, że jest pani pobita” – te słowa pamiętam do dziś. Słabym głosem zaprzeczyłam. „Musi pani coś z tym zrobić” – powiedział tylko. Z szuflady wyciągnął jakiś druczek. Pisał, pytał o nazwisko i adres. Dopiero kiedy wręczył mi tę kartkę, zobaczyłam, że to „zaświadczenie lekarskie o przyczynach i rodzaju uszkodzeń ciała związanych z użyciem przemocy w rodzinie”.

Przemoc w rodzinie? Nigdy wcześniej nie pomyślałam tak o zachowaniu mojego męża. Lekarz o nic nie dopytywał, powiedział tylko, żebym zachowała ten druczek, bo kiedyś może się przydać. Odprowadził mnie do drzwi, w których już czekał Piotrek. Wziął ode mnie kartkę, myślał, że to jakieś skierowanie lub recepta. Bez słowa wyszliśmy z przychodni. Kiedy w samochodzie mój mąż przeczytał zaświadczenie, bez słowa je podarł. Byłam przerażona, ale tej nocy dał mi już spokój. Tyle że ja już nie potrafiłam odzyskać spokoju. Myślałam o tym, co powiedział lekarz.

Dziś wiem, że mógł zrobić dla mnie znacznie więcej: doradzić, wskazać miejsce, do którego mogłabym się udać ze swoim problemem. Przecież prosto z jego gabinetu wpadłam w ręce swojego oprawcy! Ale mimo wszystko jestem mu wdzięczna. Uświadomił mi, że jestem jedną z tysięcy ofiar przemocy w rodzinie, a nie żoną ambitnego pracownika międzynarodowej korporacji, który nie radzi sobie ze stresem. Odeszłam od Piotrka.

Basia, 28 lat

udostępnij na fabebook
Skomentuj:
nick*
komentarz*
 
 
Sponsor pogody
Pogoda
Newsletter

Jeżeli chcesz otrzymywać od nas informacje o nowych wiadomościach w serwisie podaj nam swój e-mail.

Kursy walut
02.28.2024 Kupno Sprzedaż
EUR 0.00% 4.4889 4.5795
USD 0.00% 4.1175 4.2007
GBP 0.00% 5.1508 5.2548
CHF 0.00% 4.5999 4.6929
27.02.2024

mieszkanie

27.02.2024

SZUKAM PRACY

Dodaj nowe ogoszenie