21.12.2013

Wiatrowe „kołchozy”

Farmy wiatrowe wzbudzają w regionie północno –wschodnim coraz więcej emocji. Pod naporem organizacji ekologicznych, część gmin stara się ograniczać możliwości budowy wiatraków. Jest nawet prezydencki projekt ustawy ograniczający możliwość budowy farm wiatrowych.

Marszałek przeciw wiatrakom

Marszałek województwa warmińsko-mazurskiego zaapelował przed Bożym Narodzeniem do mieszkańców w sprawie lokowania elektrowni wiatrowych w naszym regionie: „Drodzy mieszkańcy Warmii i Mazur, przedstawiciele samorządów, organizacji pozarządowych i mediów, szybki rozwój energetyki wiatrowej na Warmii i Mazurach stanowi zagrożenie dla unikalnego w skali europejskiej bogactwa ziemi, jezior i lasów. Jesteśmy blisko roztrwonienia dóbr natury naszego regionu z powodu niekontrolowanej i bezplanowej ekspansji tych inwestycji. Prowadzimy obecnie 230 postępowań o wydanie decyzji środowiskowych na budowę elektrowni wiatrowych na Warmii i Mazurach. Jeśli dojdzie do ich realizacji, krajobraz regionu zmieni się po ustawieniu 1100 wiatraków. Ich gęsta sieć na wiele lat zaburzy ład przestrzenny i krajobraz najpiękniejszego zakątka Polski i bezcennej enklawy ekologicznej Europy.
Apeluję,
aby decyzje o lokowaniu siłowni wiatrowych na Warmii i Mazurach dyktowała troska o wspólne dobro. Muszą zatriumfować porozumienie, odpowiedzialność i rozsądek. Dążąc do rozwoju gospodarczego, nie zapominajmy o wartościach wspólnego dziedzictwa. Zrównoważony rozwój regionu jest przejawem budowania przyszłości, a nie krótkowzroczną wizją szybkich korzyści majątkowych, których długofalowe skutki doprowadzą do trwałej destrukcji poziomu życia ludzi i utraty bogactwa regionu” - czytamy w liście.

Niemiecki przykład

Tymczasem w Niemczech są już miasteczka, wsie, gminy, które same sobie produkują prąd z wiatru i jeszcze na tym zarabiają. Nie wpuściły tu - wzorem Polski - dużych koncernów, ale ludzie założyli „kołchozy”, czyli takie wiatrowe spółdzielnie i są niezależni energetycznie.

Feldheim, miasteczku nieopodal Berlina, jest jedną z niezależnych energetycznie miejscowości w Niemczech. Dzięki wiatrakom, mieszczącym się w ogródkach mieszkańców, i niezależnej sieci energetycznej, mieszkańcy płacą za prąd najniższą cenę w kraju. Ten przykład przyciąga uwagę ekologów z całego świata.
Petra Richter, burmistrz Feldheim, nie potrzebuje wielu słów, by opisać historię sukcesu, która przyniosła jej gminie nieco światowej sławy. Alternatywa, jak twierdzi, pojawiła się we właściwym momencie. Niewielka miejscowość położona na południowy zachód od Berlina jest pierwszą, i jak dotąd jedyną, gminą w Niemczech, która cieszy się energetyczną niezależnością. To właśnie sprawia, że co roku około trzech tysięcy turystów z całego świata odwiedza liczącą zaledwie 130 mieszkańców brandenburską miejscowość, którą - mimo położenia na 150 metrach nad poziomem morza - wcale nie tak łatwo znaleźć.

Własny prąd, własne ciepło

W 1997 r. pojawiły się pierwsze cztery wiatraki. Teraz jest ich już czterdzieści trzy – produkują rocznie 140 000 megawatogodzin prądu. Mając alternatywne źródła energii w zasięgu wzroku, lokalna spółdzielnia rolnicza zaczęła w pewnym momencie rozważać budowę biogazowni. 4,3 miliony kilowatogodzin ciepła z elektrowni biogazowej ogrzewają nie tylko obory i biura spółdzielni, lecz całą wioskę.
Wówczas wiele osób miało jeszcze w domach piece. U innych zdążyło się już zepsuć pierwsze centralne ogrzewanie zainstalowane po przełomie. Gotowość do odważenia się na coś nowego była ogromna – przypomina sobie burmistrz. „Prawie wszyscy od początku byli pełni zapału”.
Po kilku spotkaniach z mieszkańcami zdecydowano o założeniu spółki Feldheim Energie GmbH & Co. KG. Miała ona nie tylko troszczyć się o odpowiednią temperaturę we wszystkich domostwach we wsi, jaką daje centralne ogrzewanie, ale również rozprowadzać prąd wyprodukowany przez lokalne wiatraki. Nie było to jednak takie proste, bowiem E.On-Edis, właściciel miejscowej sieci przesyłowej, nie udostępnił spółce swojej infrastruktury. Trzeba było zbudować i zainstalować nową. W ten sposób doszło do kuriozalnej sytuacji – w Feldheim sieci są dziś dwie, przy czym stare przyłącza domowe zostały odcięte.

Energia cieplna dostarczana jest od 2009 r. W 2009 r. do biogazowni dobudowano kocioł na ogrzewanie trocinowe. Rok później do sieci trafił ekologiczny prąd z wiatraków. Średnia cena za kilowatogodzinę prądu wynosi w Niemczech 28 centów. Mieszkańcy Feldheim płacą jedynie 16,6 centa, ponieważ pobierają prąd bezpośrednio od producenta. Według rzecznika spółki Energiequelle, Wernera Frohwittera, do Feldheim płynie zaledwie ułamek - około pół procenta - wyprodukowanego prądu. Pozostała część trafia do publicznej sieci. Jeśli chodzi natomiast o koszty ogrzewania, w Feldheim opłaty wynoszą dziesięć procent mniej niż w innych częściach Niemiec.

Jak to zrobili?

Na budowę nowej infrastruktury Feldheim Energie wydać musiała około 400 000 euro, czyli akurat tyle, ile wnieśli komandytariusze. Przystąpić do spółki mogą wyłącznie posiadacze gruntów we wsi, a także przedsiębiorstwa, kościół, elektrownia wodna i miasto Treuenbrietzen, do którego należy Feldheim. Każdy wyłożyć musi 3000 euro, jeśli chce pobierać i prąd, i wodę, lub połowę tej kwoty, jeśli decyduje się tylko na jedno bądź drugie.
Droższy od budowy sieci energetycznej okazał się system centralnego ogrzewania. Pochłonął
1,7 miliona euro. Mieszkańcom Feldheim z pomocą przyszła Unia Europejska i kraj związkowy - Brandenburgia, pokrywając połowę kosztów projektu. Na resztę kwoty spółka wzięła kredyt na piętnaście lat, który teraz terminowo spłaca.

Do projektu przyłączyli się prawie wszyscy. Spośród czterdziestu domostw tylko dwie rodziny nie dały się przekonać. Do trzydzieściorga ośmiu klientów prywatnych dochodzą jeszcze: spółdzielnia rolnicza, gmina, elektrownia wodna i kościół. Z trzykilometrowej sieci korzysta trzydzieści pięć gospodarstw domowych.
W 2010 r. Feldheim otrzymało wyróżnienie jako miejscowość, która stawia ekologiczną energią. Nagrodę pieniężną przeznaczono na dalszy rozwój energii odnawialnych. A tymczasem na przyjaznych środowisku źródłach energii zyskała także gospodarka tej małej gminy. Wprawdzie dalej dominuje tam rolnictwo, które zapewnia byt trzydziestu osobom, ale powstało dwadzieścia jeden nowych miejsc pracy w firmie EQ-SYS, która produkuje metalowe części do ogniw fotowoltaicznych.

Szlezwik-Holsztyn też dobrze zarabia na wietrze.

Na północy Niemiec można zobaczyć najwięcej turbin wiatrowych i najwięcej instalacji solarnych na dachach domów w gospodarstwach tamtejszych rolników.
- W niektórych wioskach, aż 600 z ogółu 800 mieszkańców, jest udziałowcami w farmach wiatraków - mówi Nicole Knudsen ze Zrzeszenia Energetyki Wiatrowej w Szlezwiku-Holsztynie. Jednym z nich jest Ernst Hinrichsen z Galmsbüll. W tym celu zaciągnął w lokalnym banku kredyt, który będzie spłacał z zysków uzyskanych ze sprzedaży energii elektrycznej, produkowanej przez "jego" turbinę wiatrową.

Początki były trudne. Energetyka wiatrowa podzieliła miejscową społeczność. Czas pokazał, że rację mieli ci, którzy postawili drogie wiatraki na ich polu. Po zamortyzowaniu się tej inwestycji osiągali zyski będące znaczącym dodatkiem do domowego budżetu, podczas gdy ich sąsiedzi mogli liczyć wyłącznie na dobry urodzaj.
- System jest prosty. Udziałowcy wspólnie wynajmują kawałek ziemi, na której stoją maszty z turbinami, płacąc jednakową dla wszystkich opłatę ryczałtową i dzielą się zyskami ze sprzedaży prądu - wyjaśnia Jess Jessen, szef farmy wiatraków w Galmsbüll. Do zainwestowania w nową farmę wiatraków w tej wiosce gotowych jest 430 mieszkańców. Zważywszy, że Galmsbüll liczy 500 "dusz", stopień społecznej akceptacji tej formy uzyskiwania energii jest doprawdy imponujący.
Potwierdzają to badania opinii publicznej. Za rozwojem energetyki wiatrowej opowiada się 70 procent mieszkańców Szlezwika-Holsztynu. Do roku 2020 moc zainstalowanych w tym kraju związkowym turbin wiatrowych wzrośnie z 3700 megawatów do 9000 megawatów.

Energia wiatrowa zapewnia w tej chwili około 7000 dodatkowych miejsc pracy, a tutejsze gminy inkasują z niej w formie podatku 50 mln euro rocznie.

Ponad połowę zapotrzebowania Szlezwika-Holsztynu na energię elektryczną pokrywa produkcja prądu z odnawialnych źródeł energii, przy czym 70 procent z tej liczby to "prąd z wiatru"; 20 procent uzyskuje się z biomasy, a 10 procent z instalacji fotowoltaicznych. Od roku 2020 Szlezwik-Holsztyn będzie dysponował jej nadwyżkami, które przeznaczy na eksport do sąsiednich landów. Na tym czystym prądzie najbardziej skorzysta leżący w pobliżu Hamburg.

Czy w Polsce byłoby to możliwe?

Wątpliwe. Mam wszak awersję do wszelkich „kołchozów”. Z ogromnym trudem idzie np. tworzenie grup producentów rolnych a tam sprawa jest prostsza. Poza tym, już ponad rok ciągnie się sprawa nowej ustawy o odnawialnych źródłach energii.

Głównym założeniem projektu, który jest już w Sejmie, jest zagwarantowanie producentom energii stabilnej ceny sprzedaży energii przez 15 lat (umowa nie będzie podlegać waloryzacji). System ma być jednak tańszy dla budżetu Państwa o blisko 40% w stosunku do obecnie funkcjonującego systemu zielonych certyfikatów. Oprócz szeregu organów w Polskim rządzie, ustawa musi uzyskać jeszcze pozytywną opinię ze strony Komisji Europejskiej. Cała procedura legislacyjna potrwa jeszcze przynajmniej kilka miesięcy.
W wyniki funkcjonowania jedynego kryterium aukcji - ceny, prawdopodobne jest, że pierwsze aukcje będą wygrywać wyłącznie instalacje wiatrowe. Pewnie te duże,a nie przydomowe.

Już w latem 2012 roku Ministerstwo Gospodarki zakładało zniesienie przestarzałych przepisów, które hamują rozwój przydomowej energetyki. Wiatraki, panele słoneczne, turbiny gazowe i biogazowe o mocy poniżej 50 kW, takie „elektrownie” miały niebawem stanąć niemal przy każdym domu. Nie stanęły. A małe wiatraki można instalować nawet na dachu domu, pod warunkiem, że konstrukcja będzie do tego przystosowana. W warunkach przydomowych najefektywniejsze byłyby elektrownie 3 – 5 kW. Moc takich elektrowni, wspomagana energią zmagazynowaną w akumulatorach, wystarczy nierzadko do zasilania oświetlenia, układów pompowych, sprzętu i urządzeń domowych.


Jan Wyganowski

Fot. Pewnie dużo wody w Czarnej Hańczy jeszcze upłynie nim zobaczymy takie wiatraki w każdym podsuwalskim, czy Mazurskim ogródku.

Źródła: Neue Zürcher Zeitung Zurych, Deutsche Welle

udostępnij na fabebook
Skomentuj:
nick*
komentarz*
 
 
Sponsor pogody
Pogoda
Newsletter

Jeżeli chcesz otrzymywać od nas informacje o nowych wiadomościach w serwisie podaj nam swój e-mail.

Kursy walut
02.28.2024 Kupno Sprzedaż
EUR 0.00% 4.4889 4.5795
USD 0.00% 4.1175 4.2007
GBP 0.00% 5.1508 5.2548
CHF 0.00% 4.5999 4.6929
27.02.2024

mieszkanie

27.02.2024

SZUKAM PRACY

Dodaj nowe ogoszenie